Jak ja ogarniam dzieci?

Ciągle słyszę to pytanie, jak ja ogarniam dzieci, jak organizuję, czy piszę plan działania, jakiego kalendarza używam, jak ja o wszystkim pamiętam. Jestem w domu z dwójką dzieci (cztery lata i rok), pracuję (piszę, robię zdjęcia, jeżdżę na zlecenia), zapewniam nam wiele atrakcji na co dzień, co możecie śledzić zarówno na blogu, jak i facebooku. Czasem się też zajmuję domem, sprzątaniem, gotowaniem, myciem podłóg i okien. Jesteście ciekawi?

Jak ja ogarniam dzieci
Jak ja ogarniam dzieci?

Jak ja ogarniam dzieci (i rzeczywistość).

Plan działania.

Nie mam. Prowadzę kalendarz, ale wpisuję tam tylko… wyjazdy. Kiedyś próbowałam zaplanować menu na tydzień, ale jestem raczej mistrzynią improwizacji, niż realizacji. Dużo czasu spędzamy na dworze, więc zwykle jest tak, że wstajemy ok. 7, poranne przyjemności (mycie, śniadanie, ubieranie się) zajmują nam ok. półtorej godziny, więc do wyjścia jesteśmy zwykle gotowi jak Podróżujący Tata wyrusza do pracy. Dwa-trzy razy w tygodniu jeździmy na wycieczki, raz jeździmy na jakiś super fajny plac zabaw, i raz robimy sobie dzień na dzielni i załatwianie sprawunków (poczta, zakupy, jakieś naprawy) wtedy też zwykle sprzątam w domu, ale nie zawsze to się udaje.

Ogarnianie domu.

Nie zawsze się udaje, bo priorytetem jest dla mnie to, jak ja ogarniam dzieci. Na szczęście często bohaterem dnia jest Podróżujący Tata, który odkurza i myje podłogę (to zwykle zostawiam na 16.45, żeby było widać że czysto, ale czasem gdzieś to się rozmywa), nastawia pranie, wyciera blaty, czy pierze wózek (w życiu bym tego sama nie zrobiła). Cudowne jest to, że ja nigdy nie muszę go o to prosić, u nas jest jak w tej tkliwej historii krążącej po facebooku „ja nie pomagam żonie”.

Jedzenie.

Ogarniam bez problemu śniadania (zwykle jemy kaszę – jaglaną, owsianą, amarantusową itd. z owocami). Drugie zwykle jemy w terenie (owoce, jakaś kanapka). Z obiadami mam największy problem. To jest właśnie to, czego często nie ogarniam i wcale nie mam wyrzutów sumienia, bo dziewczyny. Nie da się ogarnąć wszystkiego. Ja nie daje dzieciom słoików, więc kiedyś ten obiad muszę przygotować. Gdybym miała każdego dnia serwować homemade dwa dania i deser, to bym między 9 a 12 musiała być w domu, a nie w lesie. A ja jednak wolę spędzać ciekawie czas z dziećmi i czasem posiłkować się restauracją. Przy okazji mamy edukację w życiu publicznym, co jest szalenie istotne. Kolację jemy w domu. A wiecie, że czasem kładziemy dzieci spać, ja mam poczucie wspaniale wypełnionej misji i nagle się orientuję, że nie jadły kolacji? 🙂

Dzieci.

No najważniejsze. Sania nie chodzi do przedszkola, rusza na dniach, we wrześniu. Wtedy wszystko się zmieni. Wcale nie jestem taka pewna, czy na lepsze. Nie jest łatwo pogodzić potrzeby dzieci, między którymi różnica wieku jest trzy lata, ale teraz już jest i tak o niebo lepiej, niż pół roku temu, bo zaczynają się razem bawić. Gorzej było, kiedy Ida wisiała non stop na piersi, a Sania jeszcze trawił sytuację i próbował mnie, czy przerwę Idzie posiłek po to, by podać mu klocka spod szafki. Teraz oboje już się bawią na placu zabaw, więc jest naprawdę ok. Możemy do woli spędzać czas na dworze.

Praca.

Pracuję z dziećmi, albo w nocy. Jeśli muszę zrobić zdjęcia/wywiad do artykułu, biorę dzieci ze sobą. Na szczęście Sania zwykle robi najgorsze kwasy jak jest luźna sytuacja, potrafi się dostosować gdy naprawdę sytuacja od niego tego wymaga. On wie, że jego długi pobyt w domu jest pewnego rodzaju darem, który nie zawsze dzieci mogą dostać od życia. Rozumie, że muszę pracować. Że czasem odpisać na mejla muszę natychmiast, albo porozmawiać pięć minut przez telefon. Nie ukrywam, że zdarza się, iż jego łaskawość kupuję czymś smacznym lub atrakcyjną obietnicą.

Wyjazdy.

Dużo jeździmy, często ruszam gdzieś sama z dziećmi. Kluczem u nas jest to, że nasze dzieci w podróży są grzeczniejsze niż w domu. Więc ja po prostu wolę gdzieś je zabrać, niż słuchać fochów w domu.

Gdzie w tym wszystkim jestem ja.

Bardzo jest dla mnie istotne, by w naszym rodzinnym życiu była równowaga. Nie jestem cyborgiem, potrzebuję czasem chwili dla siebie. Mimo, iż nie pracuję swoim wyglądem, lubię mieć „zrobione” paznokcie. Na szczęście blisko domu jest Maluj Maluj, przyjazne dzieciom. Do kosmetyczki zwykle chodzę w sobotę, kiedy Eduard może ogarnąć dzieci (albo ich część). Wieczorami pracuję, ale ktoś kiedyś powiedział, że jeśli robisz to co kochasz, to nigdy nie czujesz że jesteś w pracy. Ja uwielbiam pisać, obrabiać zdjęcia, wymyślać strategie marketingowe, planować wyjazdy. Cieszy mnie każdy mały mejl od Was, dobre słowo, komentarz i lajk. To jest mój klucz do szczęścia i spełnienia w życiu. Nie zarabiam kokosów, ale mam poczucie małego wkładu w nasz domowy budżet. Coraz częściej też mam namacalne profity z prowadzenia bloga, ale każdą propozycję współpracy rozważam pod kątem tego, by szanować czytelnika. Nie chciałabym by nasz blog był słupem ogłoszeniowym. Nie wiem czy to, jak ja ogarniam dzieci i dom jest dobre, ale my jesteśmy w takim układzie szczęśliwi.

Moja sugestia jest taka, że czasem warto odpuścić. Nie umyć podłogi, nie zrobić obiadu, ale spędzać z dziećmi super czas. Pozwól sobie czasem nie ogarnąć czegoś. To dla dzieci też dobra lekcja na życie.

Jeśli chcielibyście o coś jeszcze zapytać, śmiało piszcie w komentarzu.

 

  • Wielopokoleniowo 3

    Mi trochę czasu zajęło zrozumienie tego, że z dwójką dzieci nie wszystko musi być w domu perfekcyjnie wykonane i czasami trzeba po prostu trochę odpuścić 😉