Sarajewo – Skopje. Wielka autostopowa przygoda.

Jestem zwierzęciem stadnym. Kocham ludzi, rozmawiać z nimi, poznawać, droczyć się i uczyć. Nie mam problemu z nawiązywaniem nowych kontaktów, zagadywaniem do nieznajomych. Czasem jednak zdarzają się towarzyskie niepokojące cisze. Wtedy przydają się murowane tematy. Historie, które można opowiadać w nieskończoność i w kawałkach. Ja mam takie dwie. Pierwszą „z dreszczykiem” o złamanych z przemieszczeniem czterech kościach w stopie (tak tak, „złamałam stopę na pół dotykając palcami od spodu do pięty i jeszcze na to upadłam”. To zdanie zawsze wywołuje grymas na twarzy rozmówcy i ZAWSZE chce wiedzieć więcej). Drugi temat, „soft”, choć dla moich mamy i babci wciąż „hard”, to moja i Katarzyny podróż stopem przez Bałkany.  I właśnie tą podróż chciałabym Wam dziś przybliżyć. Nasza wielka autostopowa przygoda.
Wielka autostopowa przygoda

Wielka autostopowa przygoda.

Było to w roku 2008. Dopiero parę miesięcy po powrocie założyłam konto na facebooku, a za dwa lata account na gmailu. Nie pamiętam czemu jeszcze z Katarzyną umówiłyśmy się już w maju, że spotkamy się 15 sierpnia o 7 rano na dworcu autobusowym w Sarajewie. Nie miałyśmy ze sobą kontaktu do tej daty. Katarzyna była wcześniej w Srebrenicy, ja jechałam przez Wiedeń.
Nie zwiedziłyśmy zbyt wiele, przejechałyśmy przez Bośnię, południe Chorwacji, Czarnogórę i Albanię, a na koniec zawitałyśmy do Macedonii. Zajęło nam to 9 dni, z czego przez trzy stacjonowałyśmy w albańskim kurorcie Durres. Czasu mało, ludzi dużo, Kat zna serbski, więc była „zagadywaczem” w czasie drogi.
Wsiadłam do autobusu w Wiedniu. Płynną angielszczyzną zapytałam drugiego kierowcę, na którym dworcu w Sarajewie się zatrzymamy. Odpowiedział (dosłownie): Nie rozumiem. Powtórzyłam pytanie po polsku, uzyskałam odpowiedź po serbsku. Zrozumiałam ją. Wydawało mi się, że nikt nie zwrócił uwagi na tę żenującą dla mnie sytuację. Następnego dnia, gdy odkleiłam policzek od zatłuszczonego okna połowa pasażerów zrywając boki powitała mnie wśród obudzonych zawołaniem „morning”.
Autobus przyjechał za wcześnie, a Katarzyna zaspała. Prosiła bym dojechała na Baščaršija. Dojechałam „jedynką”, napisałam do Kat sms- „jestem pod minaretem”. W Sarajewie jest ponad 140 minaretów. Znalazłyśmy się przy studni.

Sarajewo.

W hostelu rzucili cenę dla turystów z zachodniej Europy i najwschodniejszej Azji (Japonii) 25 euro za miejsce w pokoju wieloosobowym. Ze smutnymi minami powiedziałyśmy że to dla nas za drogo. Sprawa została załatwiona po bałkańsku- recepcjonista wykonał dwa telefonu i znalazł dla nas mieszkanie dwupokojowe z kuchnią i łazienką, w samym centrum za 10 euro. Dzięki braci słowiańska!
 
Odwiedziłyśmy Muzeum Tunelu (upamiętniające oblężenie Sarajewa), wstąpiłyśmy  do tradycyjnego tureckiego domu, zwiedziłyśmy w ciągu godziny znajdujące się przy jednej ulicy meczet, kościół, cerkiew i synagogę. Zjadłyśmy w parku pizzę na wynos z baru U2 (na cześć piosenki Miss Sarajevo i koncertu który Bono z kolegami zagrali w 1997r.) Zrobiłyśmy rundkę po stoiskach na bazarze, zjadłyśmy burki z serem, przeszłyśmy przez ulicę, na której postrzelono Franciszka Ferdynanda i dokładnie obejrzałyśmy z zewnątrz bibliotekę, która spłonęła wraz z dużą częścią dziedzictwa literackiego regionu.
Na koniec, a było już to w nocy, wylądowałyśmy wśród zbiorowiska osób przy tej samej studni przy której spotkałyśmy się po świcie i uwierzyć nie mogłyśmy, że tych wszystkich atrakcji doświadczyłyśmy jednego dnia. Nie podążyłyśmy za tłumem w kierunku modnych klubów, tylko na naszą kwaterę się przespać. Był sierpień, przesuszony upał, a ja miałam nieodparte wrażenie, że Sarajewo zimą byłoby bardziej adekwatne. Mimo że było gwarnie i kolorowo, oczyma wyobraźni widziałam płatki śniegu opadające na szary, pusty plac przed studnią. 
 
Wielka autostopowa przygoda

 

Wielka autostopowa przygoda

Mostar.

Kolejnego dnia, z miejskiej wylotówki, zabrał nas miły biznesmen, klimatyzowanym samochodem, zawiózł do samego Mostaru. Czuć było pewnego rodzaju autostopowy niedosyt, gdyby nie późniejsze przygody z kierowcami pomyślałabym że to mój świętej pamięci dziadek czuwa nad bezpieczeństwem podróży.
 
Wielka autostopowa przygoda
W Mostarze zabawiłyśmy jedno popołudnie. W mieście tym, przedzielonym rzeką, połączonym mostami, na prawym brzegu mieszkają Bośniacy, na lewym Chorwaci. Choć na obu można zjeść smażone w panierce sery, wypić kawę po turecku i kupić te same bibeloty turystyczne, to tylko gdy próbowałyśmy zbić cenę u Chorwatów (by mieć ładny widok na brzeg bośniacki) powiedzieli, że jeśli takie jesteśmy biedne to żebyśmy poszły na drugą stronę rzeki. Cenę przełknęłyśmy, ale od razu podążyłyśmy na wschód, w stronę meczetu, by wbiec na minaret i obejrzeć panoramę. Było nudno pięknie. Ale przykuł naszą uwagę detal z brzegu katolickiego. Jakbym w konkurencji dla zgrabnych, strzelistych minaretów z maleńkiego (w proporcjach) kościoła (jak się później okazało franciszkanów) wyrastała toporna, olbrzymie dominująca nad miastem dzwonnica.
 
Wielka autostopowa przygoda

 

Wielka autostopowa przygoda

 

Wielka autostopowa przygoda

 

Wielka autostopowa przygoda

Droga do Dubrownika.

Trzeci dzień był pod znakiem autostopu. Zamierzałyśmy dojechać do Dubrownika, czyli przekroczyć granicę bośniacko-chorwacką. Choć z Mostaru wyjechałyśmy błyskawicznie, okazało się że kierowca rozwożący ciężarówką soki podwiezie nas tylko kawałek, bo za dwa ronda odbija w innym kierunku. Wysadził nas parę kilometrów przed granicą. Nad niedzielnymi turystykami zlitowało się dwóch chłopców w hipsterskim, jak na owe czasy, Yugo. Siedząc z tyłu szeptałyśmy do siebie, że nie za bardzo chcemy im dawać na granicy do ręki paszporty. Przezorna Kat zapytała z głośnym akcentem na molim (proszę) czy może otworzyć okno, bo bardzo tu duszno. Razem z otwieraniem okna chłopcy wywietrzyli naszą przezorność i po dojeździe do granicy poprosili o dokumenty. Katarzyna nonszalancko pokazała na otwarte okno i uznała że sama je poda celnikowi.
Znowu z nas boki zrywali miejscowi. Podrzucili nas do jakiegoś moloszka turystycznego z hotelami i supermarketami, zostawili przy ruchliwej drodze bez pobocza i odjechali. Utknęłyśmy na dobre dwie godziny, godziny dogoniły południe. Pot, kurz, piasek, spaliny. W końcu ktoś się zatrzymał, ale znów podwiózł nas tylko kawałek. Zostawił na przystanku, z widokiem na morze, przy drodze którą przejeżdżały dwa samochody na godzinę.  Na szczęście czwarty był Dragan. Zatrzymał się z piskiem opon, choć jak wyjechał zza zakrętu to przestałyśmy machać. Zniechęciły nas cztery budki z toitoiami przymocowane na pace. No ale się zatrzymał. Więc wsiadłyśmy.

Dubrownik.

Odbyliśmy miłą podróż do samego Dubrownika zatrzymując się po drodze na czterech punktach widokowych, gdzie Dragan wprawnymi ruchami zostawiał po jednej budce toaletowej. Na dworcu w Dubrowniku udało nam się pożegnać miłego kierowcę, choć łatwo nie było, koniecznie chciał nam/nas pokazać swój/w swoim ulubiony(m) bar(ze) z kiełbaskami.
Wielka autostopowa przygoda

 

Wielka autostopowa przygoda

 

Wielka autostopowa przygoda
Przy znalezieniu noclegu ponownie pomogła brać słowiańska. Wszyscy nam proponowali pokój za ponad 20 euro, w końcu znalazła się pani, która miała koleżankę, której koleżanka remontowała swój dom i aktualnie nie wynajmowała pokoi, ale chętnie za mniejszą cenę by sobie dorobiła, jeśli się zgodzimy na spartańskie warunki. Przystałyśmy na propozycję, a warunki okazały się być całkiem miłe.
Wielka autostopowa przygoda

 

Wielka autostopowa przygoda

Czarnogóra.

Spacer po mieście, miłe pogawędki z gospodynią, sen i hop! Kolejny dzień. Na wylotówkę podrzucił nas syn pani domu, co byśmy czasu na spacery nie marnowały. Zatrzymał się pan, który nas podwiózł tylko kawałek, bo złożył intymną propozycję na którą zareagowałyśmy prośbą użycia hamulca, choćby ręcznego. Trochę nas ta sytuacja wystraszyła, ale szłyśmy w zaparte. W końcu chciałyśmy dojechać do Czarnogóry. Tym razem zabrał nas kierowca, bardzo smutny w obyciu, co ma córki w naszym wieku i kazał obiecać, żebyśmy dalej (do Albanii) pojechały już środkami masowej komunikacji. Przeprawił nas promem przez Bokę, wysiadłyśmy, podziękowałyśmy. Szukałyśmy noclegu – wszystko na minimum tydzień! Nikt nas nie chciał ulokować nawet na karimatach na tarasie.
Wielka autostopowa przygoda

 

Sarajewo - Skopje
Zgodnie z obietnicą złożoną ostatniemu samochodowemu dobrodziejowi wsiadłyśmy w autobus do Podgoricy, a stamtąd w taki na granicę z Albanią. I to mój ulubiony moment wycieczki!

Nocleg wycieczki.

Wysiadłyśmy na dworcu już grubo po zmroku. Stałyśmy jak słupy przy kierowcy, który wypakowywał bagaże naszych współpasażerów i same nie wiedziałyśmy co będzie dalej, gdzie spędzimy dzisiejszą noc (myślałyśmy przez chwilę, że na dworcu, ale był zamykany). No więc znów. Smutno mina. Braci słowiańska! Jak dobrze że jesteśmy  po czarnogórskiej stronie! Memory, five. Krzyki, pytania.
Za 10 minut podjechał skuterek. Kierowca autobusu zwymyślał prowadzącego jednoślad, że niby jak on nas dwie i plecaki przewiezie! Pojechał. Za 10 minut przyjechał starym merolem (!). Okazał się być stróżem w hotelu, na szczęście imprezującym. Udostępnił nam stróżówkę, bo sam poszedł w miasto z zaznaczeniem, że do 6 rano musimy się zmyć. Miałyśmy szczęście! I to ile razy!
Sarajewo - Skopje

Długa droga.

Kolejny dzień – podróż na granicę. Albania wydawała nam się być najdalszą prowincję syryjską. Nagle droga z asfaltowej zmieniła się na piaszczystą, murowane mosty na rzekach stały się drewniane, a dzieci biegły za minibusikiem na bosaka. W minibusiku siedziałyśmy osobno. Kat z przodu, ja z tyłu, między albańskim socjalistą, a albańskim kapitalistą. Strasznie się kłócili! Pierwszy siedział w Shkodrze i nie miał pracy, drugi robił na budowie we włoskim Udine. To nas uratowało! Tym razem ja mogłam zabłysnąć lingwistycznie, po włosku (bo albański do żadnego języka podobny nie jest).

Albania.

Panowie wzięli nas po dotarciu do celu pod opiekę. Sprawdzili autobus do Tirany (odchodził za dwie godziny), zabrali na śniadanie (na które zjedli obiad, my nic), zaproponowali prysznic u siebie w domu (musiałyśmy nieźle śmierdzieć, ale nie skorzystałyśmy) i dali nam pieniądze na podróż (bo wszystkie banki były jeszcze zamknięte, a zdecydowanie odradzili wymieniać gdziekolwiek indziej). Przekonali nas również byśmy pojechały nad morze do Durres (bo tam jeżdżą Albańczycy), a nie do Sarandy (gdzie jeżdżą turyści).
Sarajewo - Skopje
W Tiranie podziwiałyśmy plakaty „President Bush in Albania making history”, zwiedzanie ograniczyłyśmy do wymiany waluty w banku przy dworcu i udałyśmy się na albańskie złote piaski. Wysiadka w Durres i od razu poczułyśmy, że słowiańskie szczęście dobiegło końca. Młodzian co nam postanowił towarzyszyć w drodze do hotelu (miałyśmy mapę i wiedziałyśmy gdzie idziemy) chciał za swoje towarzystwo pięć eurasków.
Spałyśmy w starym hotelu robotniczym, gdzie na trzydzieści pokoi (na szczęście byłyśmy jedynymi gośćmi) była jedna łazienka. W nocy dobijał się do nas recepcjonista (nie został wpuszczony), jak się rano okazało, by wyperfumować pokój sprejem przeciw pchłom. Przez dwie godziny dziennie w całym mieście nie było prądu i każdy wystawiał na ulicę spalinowe agregaty (hałas i smród). Śmiało wysunięte w morze jest betonowe niedokończone molo (ktoś dał pozwolenie na budowę, potem ktoś je odebrał i tak stoi).
Sarajewo - Skopje

 

Sarajewo - Skopje

 

Sarajewo - Skopje

Macedonia.

Do Macedonii dojechałyśmy pociągiem, mimo że nawet autorzy przewodnika Bezdroży odradzali tą opcję (jak się okazało narodowym sportem w Albanii jest rzucanie kamieniami w przejeżdżający tabor). Stacje nie są wcale oznakowane (dobrze że jechałyśmy do końca), przy mniejszych pociąg tylko zwalnia, ludzie wyskakują w biegu. Macedonia okazała się być bardzo postępowa. Wielka autostopowa przygoda dobiegała powolnego finiszu. To bardzo ciekawy odcinek Sarajewo – Skopje.
Sarajewo - Skopje

 

  • Och Bałkany sie nam marzą od dawna. Moze nie autostopem, ale samochodem 😉 Coraz bardziej doceniam miejsca gdzie nie trzeba polować na promocje lotnicze 🙂 Pozdrawiam

  • Świetna przygoda, zazdroszczę, ale tak serdecznie. Mnie się udało dotychczas zobaczyć tylko Słowenię, Pulę w Chorwacji i Czarnogórę. Bardzo zachęciłyście tym tekstem

  • Nic tylko pozazdrościć wyprawy i odwagi! Od kilku lat planuję wybrawę autostopem, ale nadal przeważa więcej minusów nad plusami. Może kiedyś 🙂

  • Całkiem fajnie malują się te Bałkany w relacjach podróżniczych, na które trafiam ostatnio. Chyba kluczową rzeczą są mili, fajni ludzie, chociaż krajobrazy też robią swoje! Pozdrawiam!

  • Och ludzie i widoki są najlepsze na świecie.

  • Zupełnie nie ma minusów! Tam jest hiperbezpiecznie i hiperpięknie i hipertanio (jeszcze)!

  • Byłam w wymienionych przez Ciebie miejscach. Polecam pozostałe bałkańskie kraje!

  • Na Bałkanach nic nie trzeba planować. Wszystko się znajdzie samo.

  • Koniecznie spróbuj! To wspaniała przygoda 🙂

  • Cieszę się, ruszaj w drogę!

  • Bierzcie autostopowiczów!

  • Bałkany są ekstra!