Gdzie jest miejsce chorego dziecka?

Piszę tego posta ledwo widząc jednym okiem, bo wirus. Ropa, łzy i opuchlizna. Złapałam od Sani. Paskudztwo. Pisałam już o odpowiedzialności w podróży. O tym jak ważne jest, by nie myśleć tylko o czubku własnego nosa. By nie wozić na wakacje chorych dzieci, tylko dlatego że wniosek urlopowy już złożony. No ale ciąg wydarzeń z ostatnich dni mnie zainspirował, by wyłuszczyć temat chorób. Ciągle chyba nie wiadomo gdzie jest miejsce chorego dziecka.

Gdzie jest miejsce chorego dziecka

Gdzie jest miejsce chorego dziecka?

Pisze koleżanka, że chce się spotkać na placu zabaw. Przyjedzie nawet do nas. Już się dogadaliśmy, ale jeszcze dosyła: „moje dziewczyny mają katar mam nadzieję, że nie na nic przeciwko”. No, to do następnego!

Idę z Sanią na plac zabaw za dom. Widzę czterolatka z panią babcią. Zagaduję sprytnie: „o, myślałam że tylko my nie chodzimy do przedszkola” (bo przed południem było), pani babcia: „Nie, on chodzi, tylko katar ma, kaszel, ale gorączki nie”. No, to pójdziemy gdzie indziej.

Na facebooku codziennie wypisuję się z jakiejś grupy, bo patrzeć nie mogę, jak kobiety pytają: „moja Niunia na takie straszny katar, ale bez gorączki, wyszłybyście na spacer”. I zaczyna się, lawina: „jak nie gorączkuje to pewnie”, inna: „ja bym poszła”.

W popularnej opiece medycznej poradnia dzieci zdrowych, przed nami wchodzi tatuś z dwiema córkami, są chwilę, pani doktor z awanturą ich wyrzuca. Dziewczyny są drugą dobę na antybiotyku, ale tatuś je przyprowadził na bilans, bo do pani doktor długie terminy są. Bombastik!

Zastanawiam się skąd w ludziach taka nieodpowiedzialność i niewiedza, gdzie jest miejsce chorego dziecka. Ja doskonale wiem, że trudno wysiedzieć z dziećmi w domu, ale czy na prawdę dla chorego parolatka plac zabaw to najlepsze lekarstwo? Może warto zagrać w planszówkę, przytulić pod kocem i poczytać książkę, dać herbaty z konfiturą malinową.

Serio, krzyżowanie tych wszystkich wirusów, bakterii, mutacji, a potem najeżdżanie na ruchy antyszczepionkowe, że są winne epidemii, to jest rozwiązanie? 

Miejsce chorych dzieci jest w domu. Możemy spotkać różne historie, słabe odporności, dzieci po białaczce, dla których pójście do kawiarni dla dzieci jest jedyną atrakcją, a tu bam. Przyjdzie jakaś mama z komputerem i cieknącym trzylatkiem, bo myśli że gofrem z dżemem mu zatka buzie na trzy kwadranse. Ale nie zatka. Dziecko będzie marudne, bo potrzebuje przytulenia, ciszy i spokoju, a nie kolejnych porcji cukru, które go tylko bardziej rozdrażnią. 

Jak nie macie litości nad cudzymi dziećmi, to miejcie nad własnymi. Pamiętajcie, że miejsce chorego dziecka jest w domu.

Print Friendly, PDF & Email

Zobacz rownież: