W czym do lasu. O ubraniu dla dzikiej matki.

Las jest dla nas domem. Niektórzy odpuszczają na kanapie, przed telewizorem, my luzujemy gdy przekraczamy granicę natury. Gdy cichną wszystkie szumy majaczącej za drzewami jezdni, oddalamy się od parkingu/przystanku autobusowego. Wsłuchujemy się wtedy w szumy traw i okazuje się, że świsty, gwizdy i terliki mogą być bardzo wyraźne. Gdzieś w oddali przemknie lis czy dzik, nasz wzrok spotka się z wielkim łosiem, który dostrzega nas prawie zawsze dużo wcześniej niż my jego. I przy każdym kolejnym tekście o Kampinosie, Kabatach czy Choszczówce pojawia się seria nieśmiałych pytań w prywatnych wiadomościach – w czym do lasu? Do parku, na długie godziny przytulania drzew i wypatrywania dzięciołów. Dzieci są dość oczywiste, ma być sucho, ciepło, ale nie za ciepło. My jesteśmy wierni fińskiej Reimie, która towarzyszy nam w śniegu, deszczu, słońcu i na basenie. Ale jak już zaopatrzymy nasze dzieci w nieprzemakalne ogrodniczki, to już po pierwszym spacerze pojawi się potrzeba również wygody matki. A w zimę no to najbardziej.

W czym do lasu

Weź zluzuj.

Jeśli komuś się wydaje, że spacer z dzieckiem to jest trekking, to chyba tylko gdy malec uczy się chodzić. Kiedyś przeszłam Czerwone Wierchy przy -15, w softshellu i trochę się zgrzałam. Ale nie tędy droga. U nas w zestawie Sania 5,5 roku i Ida 2,5 roku śmiało coraz bardziej rozważam założenie bazy polarnej na każdym spacerze, z paleniskiem i puchowym śpiworem. I namiotem. Zdarza nam się przejść wiele kilometrów jednego dnia, ale to zawsze jest mega rozciągnięte w czasie i już dawno przestałam się spinać, że przejście sześciu kilometrów zajmuje nam osiem godzin. Dzieci mają silną potrzebę doświadczenia przyrody. Kiedyś uczyłam się włoskiego i jest pewne wyrażenie, które zapadło mi bardzo głęboko w pamięć i które uwielbiam, bo idealnie charakteryzuje apenińskie podejście do związków, ale i życia. Ci facciamo delle storie. Poetycko to znaczy: obwąchujemy się. Poznajemy, sprawdzamy, chodzimy na randki, ale jeszcze nie wiemy, czy będzie z tego coś poważnego. Mam parę koleżanek, co się spotykały z Włochami i dostawały białej gorączki w oczekiwaniu na jakąś deklarację.

A na spacerach. Zawsze, gdy trzecia butelka z herbatą zaczyna widzieć dno, a śniadaniówka świeci pustką, muszę sobie przypomnieć tą włoską frazę, uśmiechnąć i odpuścić. Powiedzieć sobie, że nie ma co się spinać, przecież się dobrze ubrałam. A jak?

W czym do lasu – poradnik dla dzikich matek.

Ale tu już żegnamy krótkie puchowe kurteczki i diamentowe łańcuszki, a witamy chłodną (tylko na termometrze) Skandynawię. Już wiemy, że rozwiązanie, które sprawdzi się w górach czy na biegówkach, nie przejdzie na wycieczce z dziećmi. Ponieważ solidne, outdoorowe ciuchy są drogie, bardzo rozważnie nabywam kolejne sztuki i podchodzę do tego jak do inwestycji na lata. (Wszystkie dzieci już urodziłam i raczej jest mało prawdopodobne, że zmienię jakoś drastycznie rozmiar, mam nadzieję). Staram się również, by były to rzeczy uniwersalne, bardziej dokładać warstwy, gdy spada temperatura, niż korzystać z pawlaczy. Opiszę Wam teraz, w czym do lasu chodzę zimą, wiosną i jesienią. Lato zostawię na inną okazję, bo przy cieple pochylić bym się chciała nad kleszczami. Więc trzymam się jednej marki, i najpiękniejsze logo ever, jest tylko jednym z wielu powodów, dla których wybieram polarnego liska.

W czym do lasu

Fjallraven – któż na mróz, jak nie Szwedzi?

Fjallraven to szwedzka firma, która od 1960 roku pomaga miłośnikom outdooru eksplorować naturę w wygodnych, ładnych i funkcjonalnych sprzętach i ciuchach. Na początku był plecak, a potem już poszło – dziś w ofercie są kurtki, spodnie, bluzy, czapki, koszulki, a nawet śpiwory i namioty. Fjalla wyróżnia materiał G-1000, to mieszanka poliestru i bawełny w proporcji 65 do 35. Nawoskowany wspaniale sprawdza się w trudnych, mokrych i wietrznych warunkach.

To nie tylko ubrania, to cała filozofia symbiozy z naturą. Zimą organizowane są wyprawy na polarne krańce kraju Karolów i Gustawów. Testowane są wtedy ubrania, sprzęt biwakowy, dopracowywane są najdrobniejsze szczegóły. Na wyprawy może aplikować każdy przez stronę internetową.

Firma zaangażowana jest w ochronę lisa polarnego, na co daje hajsy i uświadamia społecznie problem.

No dobra, to w czym do lasu?

U mnie zaczęło się od plecaka. Flagowym produktem Fjallravena są popularne (i słusznie uwielbiane) Kankeny. Zaprojektowane przez ortopedów w latach 70. totalnie zawojowały świat. Odciążające plecy, w pięknych kolorach. Kiedy pięć lat temu zamówiłam dla nas te zwykłe-niezwykłe prostokątne torby z dwoma szelkami, codziennie na ulicy odpowiadałam na przynajmniej parę pytań o nazwę marki. I zdarza się mi nawet dziś wspierać nastolatki namawiające ojców na zakup. Cały czas używamy naszych Kankenów, i jeśli zamienimy na cokolwiek, to tylko na inny plecak Fjallravena. Od 2016 roku puszczona jest seria plecaków uszytych z wtórnie użytych plastikowych butelek. Więc znowu brawa.

W czym do lasu

W czym do lasu

Plecak był fajny, więc chciałam iść dalej. Najpierw zamówiłam czapkę Byron hat.

W czym do lasu

To 100% wełna szetlandzka, ciepła, wygodna i uniwersalna. Sprawdziła się (i sprawdza wciąż). Więc kupiłam kurtkę Greenland jacket, na wiosnę i jesień. Docieplam ją czasem puchową bluzą, czy swetrem merynosem. G-1000 to materiał, który jeśli go woskujemy sprawdza się idealnie. Fajne jest też to, że to kurtka, która świetnie sprawdza się w lesie, ale nie wyglądam dziwnie w mieście. Więc jest uniwersalna.

W czym do lasu

W czym do lasu

Spodnie to bajka. Wybrałam model KEB, i mam coś co na gołą gicę sprawdza się ciepłem, a zimą ocieplam termicznymi leginsami. Jest tak jak lubię – są całoroczne.

W czym do lasu

W czym do lasu

W czym do lasu zimą mroźną?

Z tematem kurtki zimowej borykałam się długo. Trzy lata temu nabyłam puchowy płaszczyk popularnej firmy z gąską w nazwie, i myślałam, że załatwiłam temat na conajmniej 30 lat, ale niestety już po dwóch sezonach zaczęły drzeć się mankiety, przecierać plecy. Zareklamowałam, bo miała gwarancję i szczęśliwie odzyskałam hajsa. Wiadomo się stało jakiego teraz wyboru dokonam. Fjall. Ale który model? Przetestowałam fenomenalną EXPEDITION DOWN LITE, ale na bycie podstawową kurtką okazała się dla mnie trochę za krótka i zbyt nabita na miasto. Choć rezygnacja nie była łatwa, jest obłędnie ciepła.

W czym do lasu

W czym do lasu

Zdecydowałam się jednak na SINGI DOWN i pokochałam ją od pierwszego założenia. Lekka, ale z dużą ilością puchu, Przydłużona z tyłu, ma regulowany kaptur. Masę funkcjonalnych kieszonek (główne boczne są docieplone, więc, można w nich trzymać ręce). Ściągaczami regulują sobie talię, wykończenia są solidne – skórzane. Poszycie ze sprawdzonego już G-1000. Bardzo cenię puchowe kurtki, bo naturalne materiały nie męczą. Nawet gdy temperatura dniem się podnosi, czy robi się jakoś cieplej, to nie trzeba od razu się rozbierać. Puch się sam reguluje. 80% kurtki SINGI to gęsi puch, 20% to pierze. W lesie jest funkcjonalna, a w mieście piękna.

W czym do lasu

W czym do lasu

W czym do lasu

W czym do lasu

W czym do lasu

Co na nogi.

Na stopy zakładam to co mam, czyli robię tzw. dożynkę, rozglądając się spokojnie za czymś odpowiednim. Na zimę mam ECCO i KAMIKI. Pierwsze są super ciepłe, drugie półkaloszami i też ciepłe. Wiosną wkładam Timberlandy, jak jest ciepło to już po chamsku w new balancach. Mam jednak w planach różne opcje – myślę najbardziej o firmie MEINDL, ma je Eduard i szalenie sobie chwali.

Podróżujący TATA.

No właśnie, Eduard. Ciągle mi się skarżycie, że tak go tu mało. Powiem Wam, że trochę się już przełamuje i przekonuje do bloga, może dożyjemy czasów jego własnej rubryki. W czym do lasu chodzi, zgadnijcie? 🙂

W czym do lasu

W czym do lasu

Post powstał we współpracy z marką Fjallraven.

Zobacz rownież: